Pages

  • Home
  • angelic.on.point@gmail.com
youtube instagram facebook

Angelic On Point

    • Filmy i seriale
    • Książki
    • Seria włosowa
    • Kosmetyki i paznokcie
    • Inne

     


            Seria „Rock Chick” mimo wzlotów i upadków w dalszym ciągu przyciąga mnie przez osobę autorki. Styl Pani Ashley mi odpowiada, a historia z tego tomu miała potencjał żeby mieć nieco inny rozdźwięk.

    „Patrzył na mnie ciepło, łagodnie, z uśmiechem w oczach. Zrobiło mi się ciepło, łagodnie i też się uśmiechnęłam. Na szczęście wyłącznie w środku.”

            Mace jest jednym z detektywów w Nightingale Investigations. W jego przeszłości królują demony, związane z tragiczną śmiercią siostry, a w dodatku źli ludzie postanawiają zapolować na rockowe laski i ich partnerów. W ten cały bałagan uczuciowy wpada Stella, która jako była dziewczyna Mace’a, również znalazła się na celowniku. Czy kiedy wokalistka ‘The Gypsies’ zostanie postrzelona, dawne uczucia powrócą wraz z instynktem obrońcy naszego macho?

            Pytanie z poprzedniego akapitu oczywiście możecie uznać za retoryczne. Książki pani Ashley pisane w większości w pierwszej osobie czasu przeszłego, zawsze w pewnym sensie dążą do happy endu, z kilkoma problemami, kłótniami i strzelaninami po drodze. Ten tom różnił się delikatnie narracją, ponieważ otrzymaliśmy wstawki i sceny z udziałem pozostałych par, nie skupiając się jedynie na głównym wątku miłosnym. Wydaje mi się, że ten zabieg, włącznie z epilogiem z typu ‘pięć lat później’, miał w pewnym sensie podomykać niektóre wątki, a nawet być może zakończyć cykl (którego powstały kolejne trzy tomy). Postaci jest już taka mnogość, że wręcz ciężko je śledzić i tylko niektórzy charakterystyczni bohaterowie wybijają się na tle rodziców czy pobocznych przyjaciół głównego teamu. Lekko i swojsko w tym temacie i moje serduszko mknie ku Daisy, która idealnie wszystkich spina, ogarniając kawę i śniadanka w swoim zamku (tak, to uosobienie Dolly Parton w cekinach, mieszka w zamku!).

    „Powietrze w garderobie zrobiło się tak gęste, jakbyśmy oddychali zupą. Gęstą, z kawałkami marchewki i selera, którymi można by się zadławić.”

            Fabuła w tym tomie jest mniej wybuchowa, nie ma zbyt wielu porwań, a strzelaniny i trudne sytuacje, rozwiązują się szybko i bezinwazyjnie. Myślę, że z tego powodu autorka skupiła się na relacji Mace’a i Stelli. Jest to pierwsza para, która była już w związku do którego po roku wracają. Są rozterki, niepewność i strach przed zranieniem, czyli prawdziwe ludzkie uczucia. Ogólnie nie czytało się to źle, a nawet całkiem przyjemnie, no i sporo ciekawych kawałków muzycznych zostało wykorzystanych podczas koncertów bohaterki, co było małym plusikiem. Ogólnie całkiem przyzwoicie, ale skoro powoli domknęliśmy watki, sądzę, że jest to idealny moment na zakończenie serii. Wystawiam 7/10 i jako, że poznałam już historię wszystkich przystojniaków na których czekałam, czas na poszukiwanie nowej serii :)
    Czytaj Więcej

     

            „Idealny detektyw” to kolejna odsłona serii Rock Chick od Kristen Ashley. Znowu będziemy mięli do czynienia z kobietą w tarapatach, która zostaje ocalona przez przystojniaka z agencji detektywistycznej. I wszystko to w tonie rockowych brzmień.

    „Najlepszym sposobem na chronienie własnego serca jest powierzenie jego ochrony porządnemu facetowi, żeby się o nie troszczył.”

            Najlepsza przyjaciółka Avy ma kłopoty z mężem, który znęca się nad nią psychicznie i nie stroni od innych kobiet. Postanawia pomóc w znalezieniu na niego jak najwięcej dowodów do sprawy rozwodowej. Jej kroki zmierzają do Nightingae Investigations, gdzie planuje poprosić o pomoc Luke’a, w którym podkochiwała się od kiedy skończyła osiem lat. Jednak z pozoru proste przeszukanie domu zamienia się w strzelaninę i Luke już więcej nie pozwoli aby Ava przysporzyła sobie jakichś kłopotów.

    „ciastka nie ważą dużo, dopóki są ciastkami. Ich waga zwiększa się znacząco, kiedy wchłaniają się w twój tyłek.”

            Narracja odbywa się w pierwszej osobie czasu przeszłego z punktu widzenia Avy. I jest to kolejny tom, w którym najchętniej wysłałabym główną bohaterkę do psychiatryka. Tym razem spotkamy się z ‘Dobrą’ i ‘Złą’ Avą, które po prostu siedzą głównej bohaterce na ramionach w formie aniołka i diabełka w seksownej bieliźnie i non stop podpowiadają co powinna zrobić i jak odczytywać sytuacje. Na serio, to było tak bardzo irytujące, że nie uwierzycie. Teksty w stylu „Dobra Ava wychyliła się nad moim ramieniem i rzuciła aureolą w Złą Avę” były na porządku dziennym. Nie znoszę tego typu wstawek, bo jeśli poznajemy wydarzenia z punktu widzenia bohaterki, to jak trudno napisać co ona teraz czuje, albo chociaż co jej się wydaje, że czuje? Zamiast tego, wyobrażając sobie te absurdalne sytuacje, po prostu co chwilę przewracałam oczami. Sama bohaterka to taka niczym niewyróżniająca się mimoza, która dosłownie pozwala Lukowi na decydowanie o wszystkim i udaje po drodze, że się na niego dąsa. Mamy trochę wspólnych historii z dzieciństwa, kiedy to macho-detektyw bronił Avę przed dzieciakami, które się nad nią znęcały, jeździł z nią na motorze czy pocieszał. Te fragmenty były akurat całkiem słodkie i przyjemne. Jeśli natomiast chodzi o obecną postać Luke’a, strasznie mnie wkurzał. Dość mocno czekałam na jego książkę, ponieważ widzieliśmy go w akcji z Jules i Roxi, podczas dosyć usilnych flirtów, niestety w tej odsłonie porażka. Kiedy Ava pojawiła się w jego życiu, natychmiast zerwał z obecną dziewczyną, a kiedy bohaterka wyszła na kolację z innym facetem, we wspaniały wprost sposób się do niej odezwał, ale przytoczę cytat aby nie być gołosłowną: „Zano może cię mieć dopiero wówczas, kiedy ja już z tobą skończę” – no szczyt romantyzmu, kobitki, bierta go! Przykuł ją też kajdankami do łóżka i zniknął na wiele godzin. Generalnie takie zachowanie nie jest w ogóle śmieszne. Trójkąt miłosny wnosi trochę dramatyzmu, ale chyba było to dla mnie za mało. Czułam monotonię i zmęczenie ciągle powtarzanymi wątkami. Trochę krócej by się zdało, żeby to tak nie zmęczyło!

    „Co prawda w Biblii jest powiedziane, że oko za oko i tak dalej, ale także znajduje się tam wzmianka, że przebaczenie jest miłe Bogu. Nie ma to jak niezgodność przekazu.”

            Ogólnie fabuła brnie w podobnych kierunkach jak poprzednie tomy. Musi być jakieś porwanie, pościg, strzelanina, bo bez tego nie byłoby zabawy. Natomiast takie to było wymuszone i niezbyt emocjonujące. Chyba mi się to przejadło albo zwyczajnie problem tkwił w głównych bohaterach, których chemia tym razem nie przekonywała. Jeżeli lubicie miłosne zawirowania, pościgi, porwania i tego typu zawirowania fabuły, to z serii Rock Chick polecam tom drugi („Zmysłowy anioł stróż”) i trzeci („Od pierwszego wejrzenia”). Skoro część cztery i pięć nie do końca mi pasowały, no to szóstka to już musi być sztos, albo stracę wiarę w autorkę! Ostateczna ocena to 5,5/10 czyli niestety mogło być lepiej.
    Czytaj Więcej


            Zanim zabrałam się do pisania recenzji, musiałam zrobić czytelniczy rachunek sumienia. W tym celu weszłam na stronę zadedykowaną Kristen Ashley i okazało się, że „Zabójczy kusiciel” to moja szósta książka tej autorki, co dla mnie jest wynikiem niecodziennym. W literaturze romansowej z nutką erotyzmu, zazwyczaj doszukuję się negatywów i dryfuję w kierunku przetestowania czegoś innego. Jednak z Panią Ashley zostaję na dłużej i zaraz zamierzam powiedzieć Wam dlaczego.

    „Serce zatrzymało mi się na chwilę i poczułam coś dziwnego, dobrego i nieprzyjemnego zarazem. Strach i nadzieję.”

            Jules Lawler jest pracowniczką opieki społecznej, bardzo skupioną na dzieciakach, które trafiają na ulice. Po utracie jednego z podopiecznych, postanawia wytoczyć ciężkie działa w walce z handlem narkotykami. Kiedy jej poczynania zaczynają przynosić nieodpowiednią sławę w pewnych kręgach, na ratunek przybywa Vance Crowe, pracownik Nightingale Investigations, świetnie wyszkolony, przystojny rdzenny amerykanin, któremu waleczna Jules kompletnie zawróciła w głowie.

    „Walczyłam, przysięgam, że tak było, ale trzymał mnie za nadgarstki przy głowie i zaczął całować. Szarpałam się, ale nie dałam rady. Chciałam z tym walczyć i… przegrałam.”

            Książka w znaczącej większości jest pisana z punktu widzenia Jules, w pierwszej osobie czasu przeszłego. Uczucia kobiety są ukazane poprzez „emocjonalnego rottweilera” co jest nie tyle komiczne, co zdecydowanie irytujące. Dwudzieste nawiązanie w stylu „rzuciłam mu soczysty stek, żeby się uciszył, a ja mogła całować Vance’a” było dla mnie raczej prośbą o skierowanie na leczenie psychiatryczne niż śmieszną anegdotą. Od razu mam przed oczami wewnętrzną boginię z trylogii o Greyu (o zgrozo!). To coś ‘wewnętrzne’, co do nas mówi i decyduje o zachowaniu jest dla mnie przejawem braku zdolności opisywania uczuć w sposób spójny. Pod koniec książki rottweiler stał się słodkim mopsem, jakby czytelnicy byli niepełnosprytni i nie potrafili w inny sposób ogarnąć zmiany podejścia bohaterki. Jeśli chodzi o samca alfa to jest trochę nietypowym gościem i mimo, że włamuje się do domu Jules i mówi o niej ‘Moja’ przy każdej okazji, to przynajmniej nie godzi się na gierki i daje jej czas na ochłonięcie. Podejście inne niż w poprzednich tomach, w których słowo ‘zerwanie’ po prostu nie istniało dla głównych bohaterów, ale cóż, może i ta przerwa wyszła Vanco’wi bokiem. Na obrazku bowiem pojawia się Luke jako idealne dopełnienie trójkąta. Kolejny superprzystojny koleś w walce o serce naszej heroiny. Chyba główna para jakoś mnie nie przekonywała, a Luke nie mając od początku żadnych szans (nasza bohaterka zakochała się wszak na zabój po pięciu dniach), wcale sytuacji nie poprawił. Postacie drugoplanowe jak zawsze barwne, a przede wszystkim Daisy, żona bossa mafijnego uwielbiająca róż i Tex, brodaty facet, który zapewni opiekę waszym kotom i zaparzy świetną latte, dodają uroku i wypełniają inne niedociągnięcia.

    „Stąpałam po kruchym lodzie. I cholera, nie miałam zamiaru znowu się pod nim znaleźć. Tam było zimno. Można było zmarznąć na kość.”

            Ogólnie rzecz ujmując, jest to chyba najsłabsza do tej pory odsłona serii „Rock Chick”. Dzieje się tak głównie dlatego, że szybkie akcje i niebezpieczeństwo, które towarzyszyło bohaterkom z poprzednich części, jakoś mało przekłada się na postać Jules. Otrzymujemy jedną szybką, poważną akcję dopiero na koniec, ale emocji w tym jak na lekarstwo, przynajmniej dla mnie. „Zabójczy kusiciel” ma więc w sobie więcej zawirowań miłosnych, a jakby mniej akcji na którą w tych książkach czekam. Nie zrozumcie mnie źle, ta akcja jest zazwyczaj mocno naciągana i bohaterzy zawsze wychodzą z niej obronną ręką, ale mimo wszystko jest to element wyróżniający Kristen Ashley od innych autorek piszących w podobnym klimacie. Uważam, że jeśli lubicie miłosne zawirowania, pościgi, porwania i tego typu historie, to polecam od razu udanie się do tomu 2 ("Zmysłowy anioł stróż") i 3 ("Od pierwszego wejrzenia"). Te dwa polecam z czystym sumieniem, a jest pewna dowolność w czytaniu, jako, że osobno te książki też się bronią i nie stracicie na historii. Tym razem ocena to 5/10.
    Czytaj Więcej

     

            „Od pierwszego wejrzenia” to trzeci tom serii ‘Rock Chick’, pióra amerykańskiej autorki Kristen Ashley. Jest to pozycja bezpieczna, jeśli zna się którąkolwiek z poprzednich powieści autorki. Osobiście zawsze mam taki dreszczyk ekscytacji, kiedy sięgam po jej książki, bo po prostu kiedy polubię autora, jestem w tym bardzo wierna.

            Kolejna odsłona historii grupy przyjaciół mieszkających w Denver, którzy wydają się magnesem na kłopoty. Roxie to dziewczyna, która związała się z nieodpowiednim facetem. Bezskutecznie próbuje wyplątać się z toksycznego związku i w tym celu udaje się po pomoc do wujka Texa. W ten sposób w jej życie zaczynają się angażować pracownicy kawiarni, biura detektywistycznego, ale też przystojny policjant, Hank Nightingale, który za wszelką cenę postanawia jej pomóc.

    „Ale każda dziewczyna ma swoją granicę wytrzymałości. (..) Ale jeśli da się ciała, to trzeba to przyznać, jakoś przez to przejść i ruszyć do przodu.”

            Książka jest pisana w pierwszej osobie czasu przeszłego, z punktu widzenia głównej bohaterki, co jest kompletnym standardem dla tej serii. Roxie to uparta dziewczyna, która wiele przeszła. Chce być szczęśliwa, jednak jej były chłopak nie przyjmuje do wiadomości zakończenia związku. Jest agresywny i zawsze znajduje kobietę, która próbuje przed nim uciekać, ciągle zmieniając miejsce zamieszkania. Stale towarzyszą jej przeprowadzki, strach i wspomnienia przeżytej traumy. Kiedy bohaterka wpada na całą grupę ludzi z „Fortnum”, już wiemy, że otrzyma odpowiednie wsparcie i pomoc. Z kolei Hank Nightingale jest przystojnym, zdecydowanym facetem, jak zresztą każdy męski bohater u Kristen Ashley. Tak idealnych mężczyzn nie ma i kropka, ale można się oddać krainie fantazji choćby na moment. W każdym kolejnym tomie, jak również tutaj, poznajemy nowych, barwnych i nieco przerysowanych bohaterów. Rodzice Roxie to nietuzinkowa para, która uosabia stwierdzenia ‘kto się czubi, ten się lubi’, podczas kłótni o konieczność posiadania w domu mąki i maślanki. Dostajemy też imprezę w najprawdziwszym zamku i Daisy jako królową wieczoru w masie cekinów i natapirowanych włosach. Bohaterowie bardzo dużo dają tej historii, bo to mega pozytywni ludzie, trzymający się razem jak perfekcyjny obraz rodziny z jej wadami i zaletami.

    „Wiedziałam, jak to jest czuć się zbrukanym, choć nie wskoczyło się w błoto samowolnie. Nieważne, że zostało się wepchniętym - brud przywarł.”

            Akcja toczy się chyba trochę spokojniej niż w poprzednich tomach i nie zdarza się codziennie, że ktoś bohaterce grozi nożem, jednak mimo wszystko, zagrażające jej sytuacje, są chyba nieco poważniejsze. Natomiast warstwa romantyczna, bardzo mi się podobała. Prawdziwa randka, długie rozmowy, przejażdżka bryczką. Tego typu książkom często brakuje tej emocjonalnej warstwy, poznawania się, bo bohaterowie od razu przechodzą do płomiennej miłości, niczego o sobie nie wiedząc. Tutaj spotkało mnie miłe zaskoczenie, za co plusik się należy. I ta okładka, naprawdę udana, kolorystyka i rozmieszczenie czcionek zdecydowanie cieszy oko, mimo że jest to sprawa drugorzędna. Należałoby rozpocząć od pierwszego tomu serii, aby być na bieżąco z masą bohaterów, którzy się w powieści przewijają, ale całą serię, fanom romansu z dreszczykiem, zdecydowanie polecam i oceniam na 7,5/10 ;)
    Czytaj Więcej


           Kristen Ashley to autorka, której ufam. Wiem, że jej historie miłosne będą się kręciły wokół seksownych, zaborczych, czułych i wręcz idealnych facetów. A jako, że ideały nie istnieją, bez względu o jakiej płci byśmy nie mówili, warto się czasem zagłębić w ten wymyślony, piękny świat.

            Jet to dziewczyna, która wiele w życiu przeszła. Po odejściu ojca zajęła się domem, a po udarze mamy zmieniła swoje życie o sto osiemdziesiąt stopni, żeby kobieta mogła powrócić do pełnej sprawności. Jednak nieodpowiedzialny ojciec wraca z długami i sprowadza więcej kłopotów na przytłoczoną tym wszystkim dziewczynę. Kiedy jednak sytuacja zaczyna wymykać się spod kontroli, przystojny policjant wkracza do akcji, oferując Jet coś więcej niż tylko ochronę.

    „Zamknęłam oczy, żeby pomodlić się o interwencję sił nadprzyrodzonych. Zaczekałam chwilę, ale nic się nie wydarzyło. Pewnie Bóg był zajęty wojnami, klęską głodu albo czymś w tym stylu.”

            Książka jest pisana w pierwszej osobie czasu przeszłego z punktu widzenia Jet. Dziewczyna jest zagubiona, ma niską samoocenę i boi się odrzucenia. Kompletnie nie zdaje sobie sprawy z tego, że przyciąga męskie spojrzenia i wszyscy wokół uważają ją za atrakcyjną. Pracuje na dwie zmiany, żeby opłacić rehabilitację mamy i jej życie składa się z monotonnych epizodów, poprzetykanych kilkoma godzinami snu. Jednak ta monotonia zostaje nagle przerwana przez bandziorów, chcących odebrać dług od jej ojca. W tym miejscu wkracza Eddie, policjant, który od jakiegoś czasu miał dziewczynę na oku i za wszelką cenę chce ją ochronić. Postacie tła są wyraziste, szczególnie Tax, były wojskowy robiący świetną kawę i opiekujący się tuzinem kotów, mama Jet, która jest uosobieniem nadgorliwej swatki czy Daisy, była striptizerka, a obecna żona mafioza o nadopiekuńczych zapędach. Jednak mimo wszystko główni bohaterowie grają pierwsze skrzypce, a Eddiego szczerze podziwiałam za „anielską” cierpliwość (nagle tytuł wydał się bardziej znaczący). Na jego miejscu pewnie bym nie wytrzymała i przełożyła główną bohaterkę przez kolano.

    „- Nie lubię cię! – krzyknęłam. – Ja cię kocham! Kocham cię od chwili, kiedy cię zobaczyłam! Boże!”

           Akcja nie posuwa się zbyt szybko, ale powiedzieć, że kobietom w książkach Kristen Ashley brakuje atrakcji, to jak nic nie powiedzieć. Postrzał, grożenie nożem czy porwanie, to ułamek tego, co na przestrzeni kilku dni spotkało Jet. Jednak bohaterka z siłą i determinacją pokonywała kolejne przeszkody. Wątek romantyczny jest słodki i podobały mi się lekkie zawirowania w postaci innych mężczyzn kręcących się wokół. Zdrowa nutka zazdrości nikomu jeszcze nie zaszkodziła. Jeśli chodzi o sceny erotyczne to nie ma ich zbyt wiele i są raczej delikatne u tej autorki. Lektura całkiem przyjemna, tym bardziej, że towarzyszyła mi w drodze do i z pracy, w postaci audiobooka. Polecam i wystawiam 6,5/10 :)

    Czytaj Więcej

    „Córka gliniarza” to moja trzecia książka Kristen Ashley i początek nowej serii o rockowych laskach. Czasem nawet ja mam ochotę odpocząć od nadmiernie skomplikowanych thrillerów i skierować wzrok ku mniej skomplikowanym, lżejszym klimatom, a do takich należą romanse pani Ashley.

    Indy to dziewczyna nie stroniąca od mocnej kawy, skórzanych butów i mocnych gitarowych brzmień. Prowadzi księgarnię odziedziczoną po babci i nie spodziewa się, że jej życie odwróci się do góry nogami, kiedy zostanie wplątana w sprawę zaginięcia torby brylantów. I tylko przypadkiem do rozwikłania zagadki i ochrony Indy, zgłasza się nikt inny jak jej wielka, niespełniona miłość, Lee Nightingale. Plantacja marihuany, zatargi z mafią i ojciec gliniarz, co w takich okolicznościach może się nie udać?

    „Kończyłam dopiero pierwszy kubek, więc, mimo porannej aktywności, moje procesy myślowe jeszcze nie zaskoczyły. Ale i tak zdołałam uświadomić sobie, że jest mi dobrze, a może nawet czuję się, a niech tam, szczęśliwa. Nawet bardzo szczęśliwa. Szczęśliwa pozaskalarnie.”

    Książka jest pisana w pierwszej osobie czasu przeszłego z perspektywy głównej bohaterki. Sam początek bardzo mi się podobał, bo w podejściu do różnych sytuacji, Indy jest po prostu taka naiwna, nie zdająca sobie sprawy z niebezpieczeństwa, bojąca się własnych uczuć. Jednak z drugiej strony próbuje wiele sytuacji rozładować ciętym językiem, tupnięciem nogą czy krzykiem. Czytanie jej wewnętrznych przemyśleń było po prostu śmieszne, więc wciągnęłam się od początku. Niestety z czasem podejście głównej bohaterki zaczęło mnie wkurzać. „Córka gliniarza” dużo bardziej skupia się na potencjalnie niebezpiecznych zwrotach akcji i trudnych sytuacjach, co jest sporą nowością dla autorki, która wrzucała jedynie szczyptę tego typu zawirowań w swoje poprzednie powieści. No i niestety te zwroty akcji są delikatnie mówiąc nieprawdopodobne i chyba nie zdradzę wiele, jeśli powiem, że bohaterka jest porywana kilkakrotnie na przestrzeni tygodnia. Poza tym ona zwyczajnie nie potrafi słuchać poleceń. „Zostań tu, jest niebezpiecznie” odczytuje jako „Natychmiast wejdź w środek zadymy”, więc może potrzebuje osobnego słownika? Jeden, dwa razy przeżyję, ale ona co najmniej z pięć razy odwaliła numer, w którym zrobiła coś zupełnie przeciwnego, niż zalecali przeszkoleni profesjonaliści. Ktoś odpowiada za twoje bezpieczeństwo, a ty go ignorujesz, mimo że dzień wcześniej ktoś do ciebie strzelał, cudnie.
    Historia Indy i Lee to raczej standardowe love story, rodziny żyjące w przyjaźni, miłość kwitnąca od czasów młodzieńczych i odrzucenie na zasadzie „jesteś dla mnie jak siostra”. Na początku było słodko, a pewna scena w kuchni i napięcie między bohaterami było niesamowicie elektryzujące. No i potem coś mi zaczęło pękać w obrazie Lee. Zazwyczaj pani Ashley kreuje tych idealnych mężczyzn, uczynnych, pomocnych, przystojnych w pakiecie. Tym razem dostajemy faceta, który ma sporo wad. Jest strasznie zaborczy, do tego stopnia, że powiedział do Indy coś w stylu „Natychmiast się przebierz, nie wyjdziesz tak z domu” – czerwona flaga numer jeden, kolejną zarobił instalując kamery w jej księgarni i GPS w samochodzie bez jej zgody, miodzio. Właściwie poprzez manipulację doprowadził ją do płaczu, żeby przyznała że jej zależy. Indy zalana łzami spakowała wszystkie swoje rzeczy, żeby po chwili rozegrali kolejną scenę manipulacji i cała torba przeleciała przez pokój bo Lee nie wypuścił jej z mieszkania. Bohaterka też wiele razy reaguje na jego słowa mówiąc w swojej głowie coś w stylu „nie będę o tym myślała, nie będę się w to zagłębiała”, żeby zepchnąć na margines niebezpieczny kontekst słów, który jest w jej stronę kierowany bez żadnego filtra. „Podziękujesz mi jeszcze za ten GPS jak ktoś z zemsty na mnie, porwie cię, a moi ludzie znajdą cię po pięciu minutach, a nie jak już zostaniesz zgwałcona i zabita” – no na taki tekst bym poleciała bez dwóch zdań (nie jest to dosłowny cytat, ale uwierzcie, że adekwatny). Po prostu nie wiedziałam jak tego gościa rozgryźć. Trochę niespójny był w swoim zachowaniu i nie przedstawiał typowej pozy "pozytywnego" bad boya.

    „Człowiek uczy się całe życie. Szkoda, że w czasie takiej nauki zawsze dostaje po dupie.”

    Podsumowując, mam mocno mieszane uczucia, bo uważam, że książka była okrutnie przegadana i bohaterowie kręcili się w tych samych schematach zachowań, czego nie spodziewałam się po tak dojrzałych ludziach (oboje po trzydziestce). Z tego powodu czytanie na początku szybkie, potem zaczęło mi się dłużyć. Było mega dużo pobocznych postaci, wspomnianych kilka razy, które nie wniosły zbyt wiele, a miałam wrażenie, że istnieją tylko po to, aby główna para mogła się pokłócić z zazdrości. Sceny zbliżeń mnie nie porwały, były jedynie poprawne. Ale za okładkę daję duży plus, całkiem ładnie się prezentuje – zarówno kolorystycznie jak i doborem grafiki.
    Wystawiam dosyć surową ocenę - 5/10, bo znam autorkę i wiem, że potrafi lepiej. Z jej repertuaru sięgnijcie raczej po serię „Mężczyzna marzeń”, polecam :)

    Czytaj Więcej

    „Wymarzony mężczyzna” to kolejny tom serii romansów spod pióra Kristen Ashley. Jednak każda z tych książek jest osobną historią, więc nie trzeba ich czytać w kolejności.

    Tym razem autorka zabrała nas do świata skór, monocyklów i wytatuowanych przystojniaków. Tyra szuka mężczyzny ze snów. Nie zadowoli się nikim innym. Kiedy wzrokiem odnajduje Tacka, wydaje jej się, że to facet idealny, a po wypiciu sporej ilości tequili i upojnej nocy, właściwie jest już po uszy zakochana. Czar jednak pryska, kiedy zostaje wykopana z łóżka, a w poniedziałek musi się stawić przed rzeczonym przystojniakiem, który tym razem przejmuje rolę jej szefa. Co wyjdzie ze spotkania tych wybuchowych charakterów?

    Powiem szczerze, że książkę czytało się szybko, ale mam wrażenie, że autorka ma po prostu taki lekki styl. Łatwe zdania, przyjemna otoczka, wybuchowe kłótnie bohaterów. Większość tekstu jest napisana w pierwszej osobie czasu przeszłego, a drobne fragmenty w trzeciej osobie. To właściwie podsumowuje temat narracji, jednak czy polubiłam bohaterów? W pewnym sensie tak, ale mimo wszystko Tack był chyba dla mnie zbyt hardcorowy. Nie mogłam do niego po cichu wzdychać, bo kozia bródka, masa tatuaży i harley davidson, nie są zazwyczaj rzeczami, które mogą mnie przyciągnąć. Była żona, wszędzie sypiąca przekleństwami i dwójka prawie dorosłych dzieci to też pewien bagaż. I wiem, że to mówię, przekonuję sama siebie, ale chyba po prostu nie podobało mi się, że bohaterka tak łatwo odpuściła facetowi, który ją ‘nieładnie’ potraktował. Romantyczne historie zazwyczaj się tak nie zaczynają, ale z drugiej strony to bardzo dobrze, że możemy ugryźć coś troszkę innego, bardziej hmmm, nieoczywistego.

    „- Zobaczysz, wszystko będzie z nami w porządku (…)
    - A jeśli…
    - Nawet jeśli nie, to przynajmniej będziemy razem. Wtedy w pewnym sensie i tak wszystko będzie w porządku.”

    Wątki wokół naszej pary oscylują pomiędzy wzajemnym przekomarzaniem, poznawaniem świata motocyklowej hordy, w której króluje braterstwo, ale też porachunkami z rosyjską mafią. Nie chcę zbytnio zdradzać, jednak tej akcji nie ma aż tak wiele, raczej jest ona w tle i stonowana, podobnie jak w poprzednim tomie, który czytałam. No i wreszcie sceny zbliżeń. Powiedzieć, że są częstsze i ostrzejsze, to jak nic nie powiedzieć, ale ma na to chyba wpływ sam główny bohater. Słownictwa niewyszukanego nam nie oszczędzono, ale znowu, może to i dobrze.

    Komu polecam? Dziewczynom, które lubią badboyów przez duże B, trochę wulgarności i nieoczywistych rozwiązań. Szczerość głównej pary była niewymuszona i niewymuskana, a to chyba rzadkość. Tej części dam 6,5/10, a cały czas w głowie kiełkuje mi myśl, że muszę się skusić na pierwsze dwa tomy :)

    Czytaj Więcej

    „Idealny mężczyzna” to trzeci tom z cyklu ‘Mężczyzna marzeń’ autorstwa Kristen Ashley. Ochoczo zgodziłam się na wykonanie recenzji dla Wydawnictwa Akurat, jako że książka zawiera w sobie zupełnie nową historię, niezwiązaną z poprzednimi tomami.

    Wyobraźcie sobie nieśmiałą kobietę, która ze względu na przepełnioną rozczarowaniami i przytłaczającą przeszłość, ma bardzo niską samoocenę. Jest w dodatku platonicznie zakochana w przystojnym detektywie z naprzeciwka. Co zrobi Mara kiedy funkcjonariusz Lawson postanowi naprawić nie tylko cieknący kran, a również zawirowania w jej pozornie poukładanym świecie?

    Książka w większości napisana jest w pierwszej osobie czasu przeszłego, z punktu widzenia głównej bohaterki. Jedynie nieliczne fragmenty, które wskazują na odczucia i wydarzenia z udziałem Mitcha, są przedstawione w trzeciej osobie. Ten sposób narracji sprawił, że w ekspresowym tempie pochłonęłam powieść, która mieści się na ponad pięciuset stronach, więc z pozoru może się wydawać przytłaczająca, jednak w ostatecznym rozrachunku, wcale taka nie jest. Postacie są dobrze skonstruowane, a ich motywacje zrozumiałe. Tytuł wręcz idealnie wpasowuje się we wzorzec męski i chyba każda kobieta śni o tak silnym partnerze, który jest też odpowiedzialny, skory do pomocy, ale w razie czego potrafi postawić na swoim.

    „(…) w prawdziwym świecie każdy robi swoje i każdy podejmuje decyzje. Niektóre są dobre, niektóre złe, niektóre są i takie, i takie, ale każdy z nas jest inny i co więcej, wszyscy się ciągle zmieniamy.”

    Uczucie między dwójką bohaterów rozwija się stopniowo i bardzo mi się to podobało. Książka ma w sobie elementy romansu i słodyczy, a sceny zbliżeń są delikatne, co wydaje się być niespotykane przy obecnym trendzie w literaturze gatunku. Element niebezpieczeństwa i akcji gra drugie skrzypce, ale dodaje smaczku i odebrałam go bardzo pozytywnie. Całość naprawdę dobrze się broni, a przekomarzanie bohaterów i rodzinne relacje z najmłodszymi postaciami, wielokrotnie wywołały uśmiech na mojej twarzy. Okładka w jesiennej kolorystyce, wpasowuje się w trend romansowy z silną postacią męską. Oceniam na 8/10 i nie pozostaje mi nic innego niż gorąco zachęcić Was do lektury. Sama chyba skuszę się na poprzednie tomy, które liczę, że będą równie ciekawe.
    Czytaj Więcej
    Starsze
    Posty

    O mnie

    blog3

    Absolwentka biotechnologii medycznej, mieszkająca w Łodzi wraz z ukochanymi jeżynami. Interesują mnie książki, filmy, kosmetyki, świece i wiele innych rzeczy. Jeśli zostaniecie na dłużej, na pewno dowiecie się więcej :)

    Polub mnie na Facebooku

    Angelic

    Zobacz mnie na

    • Youtube
    • Instagram
    • Facebook
    • LubimyCzytać
    • Wattpad
    • Filmweb

    Tagi

    egzemplarz recenzencki romans Muza Kryminał thriller Obyczajówka fantastyka Wydawnictwo Akurat Psychoskok Wydawnictwo ZyskiSka erotyk literatura piękna Filia Wydawnictwo W.A.B. Novae Res Wydawnictwo Kobiece antologia humor młodzieżowe literatura współczesna Patronat Medialny Czarna Owca Prószyński i S-ka Sci-Fi akcja biografia horror Amber Czwarta Strona Mag Marginesy Rebis Uroboros Wydawnictwo Niezwykłe Wydawnictwo SQN groza poradnik produkty kosmetyczne Świat Książki Edipresse Fabryka Słów Feeria Genius Creations Książnica Powergraph Wydawnictwo Albatros Wydawnictwo Attyka Wydawnictwo Biblioteka Wydawnictwo Dolnośląskie Wydawnictwo Jaguar Wydawnictwo Literackie Wydawnictwo Lucky Wydawnictwo MG Wydawnictwo Między Słowami Wydawnictwo Mova Wydawnictwo Ridero Wydawnictwo Szósty Zmysł Znak Literanova Zwierciadło baśń dramat przygodówka reportaż saga rodzinna

    Książki, którym patronuję

    Najbardziej popularne

    • Moje uczulenie na hybrydy - co zrobiłam i czy ładne paznokcie są dla mnie już na zawsze zakazane?
    • „Tylko oddech” Magdaleny Knedler i rozliczenie z przeszłością
    • „Czarownice z Manningtree” jako bardzo sugestywny obraz ludzkiej znieczulicy i okrucieństwa
    youtube instagram facebook

    Created with by BeautyTemplates | Distributed By Gooyaabi Templates

    Back to top